1. Odszukaj adres kawiarni przy wydawnictwie „Czytelnik”. Jeśli masz możliwość, obejrzyj w internecie, jak to miejsce wygląda dziś. 2. Zanotuj krótko historię tego miejsca. 3. O jakim innym „słynnym stoliku w suterenie PIW-u” wspomina autor? 4. Wymień najważniejsze osoby zasiadające przy stoliku w „Czytelniku”. 5. Znajdujesz się na stronie wyników wyszukiwania dla frazy Czy pamiętasz miły chłopcze tamte dni, gdy w kawiarni siadywałeś przy mnie ty. Na odsłonie znajdziesz teksty, tłumaczenia i teledyski do piosenek związanych ze słowami Czy pamiętasz miły chłopcze tamte dni, gdy w kawiarni siadywałeś przy mnie ty. Tekst piosenki . 1. Tam wodospad mrucy, Sowa stale hucy, Orzeł popiskuje, Wiater pohukuje. W małej kawiarni przy stoliku siedziało dziewcze niczym kwiat. 7 błędów głównych początkujących właścicieli kawiarni. Spełniasz swoje marzenie: porzucasz pracę, spisujesz pomysły, zbierasz hajsy, znajdujesz idealny lokal i otwierasz kawiarnię. Brzmi jak sen, ale żeby nie skończyło się koszmarem, trzeba wziąć się do roboty i wybić sobie z głowy kilka błędnych założeń MP3. General Midi. W małej kawiarni przy stoliku Siedziało dziewczę niczym kwiat. Oczy jej tęsknią za muzyką W muzyce widzi cały świat. Oczy jej tęsknią za muzyką W muzyce widzi cały świat. Czemuś ty dziewczę takie smutne Czemu smutne oczy masz. Czy ta melodia jest okrutna Czy już innemu serce dasz. Tekst piosenki . 1)Na dansingu tańczą goście , Cygan na gitarze gra, W małej kawiarni. 1. W małej kawiarni przy stoliku, siedziało dziewczę niczym kwiat Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział podczas dzisiejszej (13 maja) konferencji dotyczącej trzeciego etapu odmrażania gospodarki, że działalność restauracji i kawiarni zostanie umożliwiona na nowo. W każdym z lokali spełnione będą musiały być pewne wymogi, m.in. zachowana odległość 2 metrów między stolikami, limit 4 m2 na I30v8. Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki Trochę później kelner Ludwiś sprzątnął talerzyki z resztkami sałatki. Brudną ścierką zmiótł popiół i okruchy na podłogę. — Panie redaktorze — pochylił się — zbliża się dwudziesta druga. Zamykamy. Muszyna pociągnął Jasia za rękaw. — Kierowniku, wstawaj! Wyszli z „Obywatelskiej” na plac. Pijani chłopi wsiadali do taksówek. Śpiewali jeszcze: — „Ułani, ułani, malowane dzieci!...” Spotkali się w kawiarni „Magnolia”. W małej sali, przy stoliku, który kierownik Tarasewicz kazał przygotować kelnerkom (świeża serweta, kwiaty w cepeliowskim wazonie, cukiernica z zielonej kamionki). Przed południem Miedza zadzwonił do kierownika: — Tarasewicz, przygotuj stolik. Taki lepszy. Przyjdziemy o siódmej. — Przepraszam, towarzyszu sekretarzu — zgiął się w ukłonie nad telefonem kierownik Tarasewicz — ile osób? Ale Miedza odłożył słuchawkę. Do siódmej Tarasewicz niepokoił się. Może bankiet na dwadzieścia osób? — wpadał w panikę. Odetchnął, kiedy Szafranek (kierownik pomógł mu zdjąć płaszcz) powiedział, że będzie tylko pięć osób. — Stoliczek przygotowany — zatarł ręce Tarasewicz. — Proszę uprzejmie! — Zaprowadził inżyniera do małej sali. Czekał później na pozostałych gości przed kawiarnią. Otworzył drzwi warszawy, z której sapiąc wysiadł sekretarz. Zaraz potem przyjechał dyrektor Gniazdowski swoim fiatem 125 p. Szeląg i Targowski przyszli piechotą. Tarasewicz dwa razy zaglądał do małej sali. Spodziewał się, że Miedza kiwnie na niego, żeby pod- Służyć w miłości ks. Leszek Smoliński Prorok Izajasz zapowiada w pierwszym czytaniu Jezusa Chrystusa jako Sługę zmiażdżonego cierpieniem. List do Hebrajczyków ukazuje Go jako arcykapłana, „doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo z wyjątkiem grzechu”. Nie jest łatwo zrozumieć, ani tym bardziej zaakceptować słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli kto by między wami chciał się stać wielki, niech będzie sługą waszym” i „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć”. Jak mówi św. Edyta Stein wszyscy ochrzczeni są powołani, by służyć, ale nie wszyscy rozumieją to wezwanie. Wielu, jak dwaj synowie Zebedeusza, Jakub i jego brat Jan, podchodzi do Boga nie z prośbą, lecz z żądaniem. Rzecz się ma podobnie jak w kawiarni, gdzie gość przy stoliku prosi kelnera, ale jego prośba jest żądaniem. Kelner ma obowiązek spełnić tę prośbę, a gość ma prawo stawiać żądania. Przeniesienie tej postawy na Boga to poważne nieporozumienie. Z Ewangelii dowiadujemy się, że nawet Bóg nie traktuje człowieka jak chłopca na posyłki, ale jak przyjaciela. Tymczasem człowiek ma tendencje do sprowadzania Boga do roli swego sługi. Człowiekowi się wydaje, że im częściej wydaje rozkazy, tym jest ważniejszy. Im więcej ludzi jest do jego dyspozycji, tym większa jest jego wartość. Sny o wielkości łączą się z reguły z rzeszą wielbicieli, dumą sukcesu, rozgłosem i podziwem. Człowiek jednak nigdy nie będzie sobą, jeśli stara się realizować życie w garniturze o dwa numery dla niego za dużym. Prawdziwa wielkość umie zająć właściwe miejsce. Pokora polega na dobrowolnym zajęciu tego miejsca, jakie Bóg nam wyznaczył. Św. Augustyn napisał trafnie: „gdzie pokora, tam majestat”. Nie co innego, lecz umiejętność zajęcia na każdym etapie życia tego miejsca, które wyznaczył Bóg, decyduje o wielkości. Być sługą to znaczy iść za Jezusem, coraz wierniej Go naśladować. To wezwanie wymaga jednoznacznej odpowiedzi. Chrześcijanin nie może być minimalistą. Nie wolno stać bezczynnie, być tylko widzem lub obserwatorem dokonujących się przemian społeczno-ekonomicznych. Nie można tylko narzekać, wspominając dawne czasy. Idzie nowe! Nowe czasy promują zaangażowanych, a pasywnych i malkontentów wyrzucają na margines życia społecznego. Świadectwo Ewangelii dają dzisiaj maksymaliści, ludzie gotowi służyć drugim bez oglądania się na własne korzyści. Tacy, którzy za dewizę swego życia przyjęli stwierdzenie samego Jezusa, który o sobie powiedział, że nie przyszedł, żeby Mu służono, lecz żeby służyć i to aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. W 1986 roku, podczas swojej pielgrzymki do Indii, Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził Dom dla Umierających. „Zatrzymał się w nim długo. Próbował nakarmić kilku starców, towarzyszył przy śmierci trzech osób. Przez cały czas swojego pobytu nie zdołał wypowiedzieć ani jednego słowa. Był głęboko wzruszony, a z jego oczu płynęły łzy" – relacjonowała Matka Teresa z Kalkuty. Jak sama mówiła, „nie można kochać i nic nie czynić”. A „kiedy pomagamy innemu człowiekowi, naszą nagrodą jest pokój i radość, ponieważ nadaliśmy sens własnemu życiu”. Please verify you are a human Access to this page has been denied because we believe you are using automation tools to browse the website. This may happen as a result of the following: Javascript is disabled or blocked by an extension (ad blockers for example) Your browser does not support cookies Please make sure that Javascript and cookies are enabled on your browser and that you are not blocking them from loading. Reference ID: #b6fbc94f-13a5-11ed-a6fd-66724b545649 XIII. BRACIA MONOPOLANIEOd szóstej czekał na Flachę w „Obywatelskiej”. Rybaczyński przyszedł z podbitym okiem. Skóra była sina, białko zaczerwienione. Muszyna spytał, co się stało, ale Flacha nie chciał mówić. Machnął tylko ręką. — Uderzyłem się. Sąsiedzi Rybaczyńskich słyszeli awanturę o drugiej. Rano żona wysłała Jasia z dzieckiem do parku. Miał wrócić przed dwunastą. Rybaczyński zagadał się przed budką z piwem (szedł okrężną drogą), musiał nieźle popić — może wstąpił do „Obywatelskiej”? Do parku doszedł pijany, zasnął na ławce, a kiedy zbudził się, było kwadrans po drugiej. Wziął wózek i wrócił do domu. Dopiero na miejscu okazało się, że wózek jest inny, a dziecko cudze. Rybaczyńska przestraszyła się, podbiła Jasiowi oko (słychać było jej krzyk na ulicy), potem pobiegła do parku. Popychała przed sobą ten inny wózek. Dziewczyna — opiekunka obcego dziecka — chodziła zapłakana po ścieżkach. Odeszła na chwilę do koleżanek (wózek zostawiła przy ławce, na której spał Rybaczyński). Kiedy wróciła, dziecka nie było. — Co ja przeżyłam, co ja przeżyłam! — mówiła połykając łzy. — Z nóg mnie ścięło, proszę pani! Było to dziecko lekarza Lisowskiego. Nie obudziło się nawet, tylko ta dziewczyna spłakała się porządnie. Synek Flachy spał w wózku koło pustej ławki. — Ty łobuzie! — krzyczała Rybaczyńska do męża. — Własnego dziecka nie potrafisz rozpoznać? Flacha pijany, z podbitym okiem, zasnął na tapczanie. I teraz jeszcze był nieswój — mało mówił, dotykał opuchlizny pod okiem. Kaszlał długo. — Nie przejmuj się, Jasiu. Do wesela się zagoi! — próbował żartować Muszyna. Zamówił pół litra żytniówki. Wypili po sto gramów i dopiero wtedy Rybaczyński odżył. Muszyna zapytał go, kto u nas najlepiej zarabia. Flacha popatrzył na niego podejrzliwie. — Po co ci, Andrzej? — No, wiesz, piszę, tego, muszę wiedzieć — wyjaśnił Muszyna. Flacha nie powiedział nic. Wydawało się, że zapomniał. Dopiero kiedy wypili pół butelki, nie pytany zaczął mówić. Pochylił się nad stolikiem i szepnął do ucha redaktora: — Powiem ci, Andrzej. Ale obiecaj: mur! — Mur, mur — zgodził się Muszyna. Flacha obejrzał się (uniósł się nieco z krzesła). Pusto było przy nich. W sąsiedniej sali, z bufetem, śpiewali chłopi: — „Ułani, ułani, malowane dzieci!” — Oni tu handlują czosnkiem — powiedział Jasiu. — Kto: oni? Flacha obejrzał się jeszcze raz. Powtórzył szeptem: — No, oni, tutaj... Miedza, Gniazdowski, Szeląg. Chyba Targowski. Na pewno Szafranek. Cały gang czosnkowy. — Zaśmiał się. Muszyna myślał, że Flacha żartuje. — Jasiu, co ty? Jaki czosnek? Rybaczyński zdenerwował się. — Nie wierzysz? Proszę bardzo, można sprawdzić w Wydziale Rolnictwa. Każdy z nich kontraktuje po kilka ton. A ogródki mają takie! — Trącił talerzyk z sałatką. Siedzieli chwilę w milczeniu. Muszyna patrzył na kierownika. — Z Czech wożą, rozumiesz? Tam czosnek tani, u nas drogi. U nich wódka droga, tu tania. Prosta kalkulacja. Ryzykują chłopcy, prawda, ale wychodzą nieźle. Wille, konta w PKO! Tak, tak, Andrzejku. Nie myśl, że to taka prowincjonalna hołota! Muszyna jeszcze nie mógł uwierzyć. — Jasiu, nie upiłeś się czasem? Chuchnij! Flacha zionął Muszynie w twarz oddechem przepojonym wódką. Roześmieli się. I znów Rybaczyński jakby się przestraszył. Rozejrzał się naokoło. — Mur, mur? Andrzej! — Mur — przytaknął redaktor. — Powiedz jeszcze — poprosił — jak oni to robią. Rybaczyński wypił odchylając głowę do tyłu. Postawił kieliszek na stole, usta wytarł dłonią. — Mietek Szeląg gra pierwsze skrzypce. Mają swoich ludzi w Miłkowicach i innych wsiach. Co miesiąc przerzut. Tam i z powrotem, przez góry. Od granicy wiozą karetkami pogotowia. Gniazdowski daje szpitalne. — Czekaj! A wojsko, Czesi, granica? Przecież kontrabanda dzisiaj nie taka łatwa. Jasiu! Flacha tylko pokiwał głową. — Kochany. Szmalec, szmalec! Za pieniądze ksiądz się modli! Znów wypili. W sąsiedniej sali śpiewali chłopi: — „Niejedna panienka i niejedna wdowa...” Flacha jakby się zmęczył — głowa poleciała mu na stół. Próbował jeszcze mówić: — Sprawdź konta w PKO. Proszę bardzo! W naszym oddziale pracuje niejaka Piwko. Powołaj się na mnie. — Pytał: — Mur, mur? Potem zasnął. Muszyna nie był pewien, czy Rybaczyński żartuje, czy mówi prawdę. Zamyślony, siedział za stołem. Trochę później kelner Ludwiś sprzątnął talerzyki z resztkami sałatki. Brudną ścierką zmiótł popiół i okruchy na podłogę. — Panie redaktorze — pochylił się — zbliża się dwudziesta druga. Zamykamy. Muszyna pociągnął Jasia za rękaw. — Kierowniku, wstawaj! Wyszli z „Obywatelskiej” na plac. Pijani chłopi wsiadali do taksówek. Śpiewali jeszcze: — „Ułani, ułani, malowane dzieci!...” Spotkali się w kawiarni „Magnolia”. W małej sali, przy stoliku, który kierownik Tarasewicz kazał przygotować kelnerkom (świeża serweta, kwiaty w cepeliowskim wazonie, cukiernica z zielonej kamionki). Przed południem Miedza zadzwonił do kierownika: — Tarasewicz, przygotuj stolik. Taki lepszy. Przyjdziemy o siódmej. — Przepraszam, towarzyszu sekretarzu — zgiął się w ukłonie nad telefonem kierownik Tarasewicz — ile osób? Ale Miedza odłożył słuchawkę. Do siódmej Tarasewicz niepokoił się. Może bankiet na dwadzieścia osób? — wpadał w panikę. Odetchnął, kiedy Szafranek (kierownik pomógł mu zdjąć płaszcz) powiedział, że będzie tylko pięć osób. — Stoliczek przygotowany — zatarł ręce Tarasewicz. — Proszę uprzejmie! — Zaprowadził inżyniera do małej sali. Czekał później na pozostałych gości przed kawiarnią. Otworzył drzwi warszawy, z której sapiąc wysiadł sekretarz. Zaraz potem przyjechał dyrektor Gniazdowski swoim fiatem 125 p. Szeląg i Targowski przyszli piechotą. Tarasewicz dwa razy zaglądał do małej sali. Spodziewał się, że Miedza kiwnie na niego, żeby podszedł, ale sekretarz, pochylony nad stolikiem, mówił coś półgłosem i nie zwracał na nic uwagi. Kierownik zamknął na klucz grającą szafę koło bufetu. — Dlaczego, panie kierowniku? — zaprotestowali chłopcy (siedzieli przy stoliku obok). Tarasewicz nie odpowiedział. O czym wtedy mówili? Flacha, któremu Szeląg powtórzył rozmowę, zwierzył się Muszynie po pijanemu. — Andrzejku — powiedział — mają cię na oku. Mógł Wojenka zadzwonić do sekretarza i powtórzyć rozmowę w sprawie Słomkiewicza. A może Szeląg opowiedział o wizycie Muszyny w szkole? Miedza był zdenerwowany. Ręce mu trochę drżały, kiedy rozlewał radziecki koniak. — Czyja polityka kryje się za tym podstępnym działaniem, nie będę mówił. Sprawa jest jasna. Chodzi o to, żeby rozrabiactwo i krytykanctwo nie podnosiły głowy wyżej. Nie możemy na to pozwolić, towarzysze. Trzeba zapobiec. Tamci potakiwali. Jeden Gniazdowski, u którego Muszyna był, ale odszedł jak zmyty, powiedział: — Z facetem trzeba ostro. Legitymacja jest? Nie ma? No, to do widzenia! — Widziałeś legitymację na zebraniu — przypomniał Miedza. Gniazdowski mignął mu przed oczami pokrywką cukiernicy z kamionki. — Tak, wiedziałem, Gienek! — I dodał: — Ostro, ostro, panowie! Nie dyskutować. Szafranek przytaknął: — Tak jest, Józio dobrze mówi. — To dlaczego przed nim uciekasz? — zdenerwował się Miedza. — Jak zobaczy redaktora na ulicy, przechodzi na drugą stronę. Szeląg odezwał się w pewnej chwili: — Właściwie o co mu chodzi? Może kapnąć szmalcem? Sekretarz żachnął się: — Sam mu dziwki podsuwałeś i nie chciał. Pieniędzy też nie weźmie. A jaki Chrystusek jest, wiemy. — Robotnicy mówią — powiedział Szafranek — że tu chodzi o prostego człowieka. Miedza nie zrozumiał. — Co, kto? Mów jaśniej, Władziu. — O prostego człowieka. O tę, jak tam, sprawiedliwość dla nich. Mogli wtedy pomilczeć chwilę. Któryś podniósł kieliszek z radzieckim koniakiem do ust. Szafranek ssał fajkę (może akurat zgasła?). Gniazdowski przerwał milczenie pierwszy: — To znaczy o kogo? Konkretnie. O Krzywego Stefana? Prezes Szeląg zaśmiał się głośno. Rozmawiali jeszcze pół godziny. Miedza proponował, żeby napisać list do centrali. — Ty, Józek, nie napisałbyś? — spytał Gniazdowskiego. Dyrektor wzruszył ramionami. — Gienek, jak Boga kocham, może do KC wystąpisz? — Potem, jak ci wysmaży artykuł, nie będziesz wiedział, gdzie oczy odwracać. Ja znam tych z prasy! — Stuknąć drania po ciemku — powiedział Szeląg. — Zaraz by spotulniał! Zaśmieli się. Dopili koniak z kieliszków. Zapach dymu z fajki Szafranka rozszedł się po całej kawiarni. O ósmej wyszli i wsiedli do samochodów. Czy coś postanowili wtedy? Chyba nic konkretnego. Może: mniej rozmów, kontaktów. Unikać raczej, niż dyskutować. Projekt z listem do prasy centralnej upadł. Także o stuknięciu po ciemku nie było więcej mowy. Wiadomo — Szeląg żartował. Przed kawiarnią czekał kierownik Tarasewicz. — Serdecznie prosimy nie zapominać o nas! — mówił. Zgięty w ukłonie stał przy drzwiach warszawy. Miedza, już siedząc w wozie, podał mu rękę. — Dziękuję, Tarasewicz. Dbacie o lokal, nie powiem. Kierownik aż poczerwieniał z radości. Spod „Magnolii” samochody pojechały pod willę Gniazdowskich w uliczce za ruinami zamku. Doktor urządzał przyjęcie z okazji przyznanego odznaczenia: Krzyża Kawalerskiego Polonia Restituta. Żony mężczyzn siedziały na tarasie. Noc zapowiadała się ciepła. Z łąk nad rzeką wiatr przynosił zapach wilgoci. Kumkały żaby. Pani Krystyna, żona Gniazdowskiego (mówiono, że jest młodsza od męża o dwadzieścia lat), zawołała, jak tylko wysiedli z samochodów: — Mężczyźni, wódka na was czeka. A wy co? Gniazdowski prowadził gości ścieżką między krzakami malin. — Prosimy, prosimy, kochani. Weszli na taras. Wniosek o krzyż poparł Miedza pół roku wcześniej. W rozmowach w komitecie Gniazdowski często poruszał ten temat. — Inni — mówił — mniej zasłużeni dla miasta dostają, a ja tu pięć lat siedzę. Na nogi ci służbę zdrowia postawiłem. Poprzyj, poprzyj, Gienek! Chodziło o poparcie wniosku, z jakim wystąpiła Rada Wojewódzka. Miedza pytał, czy Gniazdowski nie był karany. — Przestrzegają tego — tłumaczył. — Jak miałeś z prawem na pieńku, to nie ma co. A ty, Józek... — Tu Miedza znacząco mrużył oko. Gniazdowski przysięgał, że nie. — Wolne żarty, Gienek! W życiu z sądami nie miałem do czynienia. — No, no! — groził mu palcem sekretarz. Ale chyba rzeczywiście nie miał, bo w pół roku później dostał krzyż. Jeździł do województwa odbierać. Podobno sam minister przyjechał. Wręczano odznaczenia najbardziej zasłużonym pracownikom resortu zdrowia z całego województwa. Rano, w gabinecie Gniazdowskiego, odbyła się mała uroczystość. — Część oficjalna — śmiał się doktor. Przyszli sami mężczyźni. Pili koniak z pękatych kieliszków. To wtedy Miedza powiedział o Gniazdowskim: wypróbowany towarzysz! Przemawiał krótko, bez kartki: — Zebraliśmy się tu, aby uczcić okoliczność zaszczytnego wyróżnienia naszego drogiego dyrektora Gniazdowskiego! — I zaraz potem powiedział: — To nasz wypróbowany towarzysz. Wielkie zasługi położył na odcinku służby zdrowia w powiecie! Gniazdowski milczał trochę zażenowany. Przypiął do marynarki krzyż. Przyjmował gratulacje. Z Miedzą i Szafrankiem wycałowali się. Życzenia składali także Szeląg i architekt Targowski. Leluchowicz zrobił pamiątkowe zdjęcie. Później, żegnając się, Miedza powiedział: — No co, Józek, masz te swoje dwadzieścia pięć procent! Odznaczeni krzyżami otrzymywali dwudziestopięcioprocentowy dodatek do emerytury. Gniazdowski miał pięćdziesiąt osiem lat. — Nie jestem młodym chłystkiem — powtarzał często. Zadowolony, ścisnął sekretarza za łokieć. — Masz u mnie wódkę, Gieniu. — Zapraszał na przyjęcie wieczorem. — Przyjdą najbliżsi przyjaciele męża — mówiła Krystyna do żony dentysty Lisowskiego. Spotkały się rano na targu — razem chodziły między straganami. — Wszystko na mojej głowie. Wie pani, ile trzeba przygotować. Posiedzą na pewno do późna. Nie codziennie dają te krzyże. — I nie każdemu, nie każdemu! — przymilała się Gniazdowskiej Lisowska. Siedzieli rzeczywiście długo: architekt powiatowy Targowski, Miedza z Helenką, inżynier Szafranek z żoną (tęga kobieta z wysoko upiętą fryzurą — białe włosy błyszczały od lakieru). Tylko prezes Szeląg był bez Loli. — Żona przeprasza, źle się poczuła — powiedział. Gniazdowska i Szafrankowa wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Później przyszedł Leluchowicz z Renatą. Śmiech Renaty (zwłaszcza kiedy Szafranek zaczął opowiadać kawały) słychać było przez otwarte okna. Krzywy Stefan zasypiając w szałasie z gałęzi słyszał, jak śpiewali: „Sto lat”, „Kasiu, Kasiu, Kasiuleńko”, „Szła dziewczyna przez gaj dębowy” i „Głęboką studzienkę”. Siedzieli przy okrągłym stole, w jadalnym. Willa Gniazdowskich należy do najlepiej urządzonych domów w mieście. Sedes w łazience ma miękką deskę, kafelki z Cepelii. Pokoje wyłożone tapetami w dyskretne wzory. W posadzce można się przejrzeć jak w lustrze. No i antyki, antyki! Doktor zawsze coś przywozi z podróży służbowych. A to krzesełko Ludwik XV, a to komódkę, a to świecznik w stylu Księstwa Warszawskiego. Lubi zwłaszcza figurki z saskiej porcelany — cała kolekcja stoi na antycznym kredensie. I teraz światło wielkiej lampy z żółtym abażurem ozdobionym frędzlami padało na galerię małych postaci: tancerek, pastuszków z fujarkami, nimf i innych bożków. — Po co ci, Józek, tyle tego? — dziwił się Miedza, kiedy oglądał figurki. Tylko Helenka zazdrościła Gniazdowskiej. — Widzisz, widzisz, on przynajmniej zna się na sztuce. Kulturalny człowiek, wie, jak wydać pieniądze. A ty co? Ryby i te strzelby! Nic więcej! Miedza śmiał się. — Dzieciak, dzieciak z tego Gniazdowskiego! Dyrektor rozlewał wódkę do kieliszków. Był zadowolony — cały czas chodził z krzyżem przypiętym do klapy. Szafranek wstał i zachwiał się lekko. — Zdrowie naszego kochanego kawalera! — powiedział. — Jakiego kawalera? — spytał Miedza. Inżynier nie dosłyszał. To wtedy wygłosił przemówienie, o którym później było głośno u nas. Ze śmiechem powtarzano sobie, jak to Szafranek, chwiejąc się, z kieliszkiem, w którym błyskała wódka, pochylony nad stołem, zaczął mówić: — Bracia Monopolanie! Jest tylko jedno słońce, jedno prawdziwe światło w naszym szarym życiu. Państwowy Monopol Spirytusowy! W tym miejscu nastąpiły burzliwe oklaski i śmiech zebranych. Dominował głośny chichot Renaty. Inżynier, z kieliszkiem w ręku, mówił: — Proponuję, bracia, aby zmienić naszą nację od dzisiaj! Cóż nam bowiem po nacji, która daje tylko ten szary dzień, pracę, kilka groszy na miesiąc, nudę i beznadziejność? Co nam po takiej nacji? My, proponuję, nazwijmy się Monopolanie! I wychylił kieliszek. — Po jakiemu to? — spytał Miedza, ale i teraz nikt mu nie odpowiedział. Goście bili brawo. Później wypili. Gniazdowska nakładała na talerze. Śmiech Renaty słychać było przez otwarte okna. Inżynier zaczął opowiadać kawały. Ten z dyszlem, na który nadziała się baba, rozśmieszył Renatę do łez. Potem śpiewali znów. Pili. Śpiewali. Pili. Krzywy Stefan w swoim szałasie nad rzeką słyszał gwar i śpiew. Przewracał się z boku na bok na twardym sienniku z ubitą słomą, wzdychał, kaszlał, pluł przez szparę w noc. Z dołu, z uliczki akacjowej za ruinami, przynosił słowa wiatr: — „Głęboka studzienka!...” Wybijał się donośny głos kobiety. Która to? Która to może być? — zastanawiał się Stefan. Widział Renatę nieraz, ale nawet do głowy mu nie przyszło, że to ona tak głośno śpiewa. Ich autorzy odnotowywali pierwsze spotkania z dziwnymi ludźmi, którzy przyjeżdżali na Zachód napiętnowani PRL-owskim paszportem. A różnili się oni bardzo od obywateli Drugiej Rzeczypospolitej, obnoszących z dumą swoje dokumenty bezpaństwowców, pozbawionych ojczyzny przez historię, po ciężkiej, krwawej i oczywiście przegranej walce. Właściwie sam nie miał prawa używać tego określenia w jakimkolwiek wartościującym sensie. Po rozpoczęciu pracy w ambasadzie, po zwróceniu paszportu politycznego uchodźcy, swego "Documento de viaje" (tak brzmiała hiszpańska nazwa dokumentu, wydrukowana na okładce pod francuską - dlatego niektórzy jego posiadacze, w przypływie dobrego humoru, nazywali go "dokumentem umożliwiającym wianie"), sam stał się w jakimś sensie "Polakiem z kraju". Jednak siedząc pomiędzy Martą i swoimi gośćmi, a później uczestnicząc w paru pogawędkach, czuł się jak jakaś trzecia strona. Zbyt dobrze rozumiał zarówno sytuację emigrantów, jak też tych, którzy zostali. Nie potrafił osądzić jednych ani drugich. Z kraju przyjechało kilku historyków. Uczestniczyli w sponsorowanej przez ambasadę międzynarodowej konferencji, która odbywała się pod hasłem "Pamięć komunizmu". Po uroczystym zakończeniu konferencji spotkali się wszyscy w małej, przyjemnej kawiarni. "Café Allemand", wbrew swej nazwie, znajdowała się blisko dawnej ambasady PRL-u. W latach osiemdziesiątych przychodzili tutaj emigranci; działacze o łatwo rozpoznawalnych twarzach. Wpadali po manifestacjach, żeby ochłodzić się albo rozgrzać, w zależności od tego, czy był to wiec upamiętniający tryumf trzydziestego pierwszego sierpnia, czy klęskę trzynastego grudnia. Z powodu ich obecności można tu było spotkać także esbeków z ambasady, namierzających łatwe ofiary. Emigranci, którzy zwątpili w swą wygnańczą misję, smutnym wyrazem twarzy lub odpowiednio upozowanym, pełnym beznadziei pochyleniem nad kieliszkiem wódki dawali znak, że można już do nich podejść, złożyć propozycję. Ale to było dawno. I dawno się skończyło. Teraz cała ich grupa siedziała odprężona nad kieliszkami czerwonego wina. Miejsca przy sąsiednich stolikach zajęli urzędnicy ambasady i starsi historycy z kraju. Obsada stolika, przy którym siedział Marek, dobrała się, jak zwykle, kluczem pokoleniowym. Do niego i Marty dosiadł się jedyny trzydziestolatek z kraju - Tomek. Młody człowiek miał na swoim koncie dwie zupełnie niezłe książki. Marek przeczytał je kiedyś z taką samą łapczywością jak wszystko, co docierało do niego z kraju. Obie sprawnie operowały w granicach obowiązującego teraz ketmanu. Początek lat dziewięćdziesiątych był w nich nazywany "odzyskaniem niepodległości i początkiem odbudowy społeczeństwa obywatelskiego", dorobek opozycji demokratycznej zhierarchizowano wedle ściśle przestrzeganych reguł. Jednocześnie można było jednak dostrzec, że autor próbuje zachować uczciwość, stara się przemycić jakąś prawdę o PRL-u. Jego pierwsza, najlepsza książka była poświęcona wydarzeniom roku 1956. Zamiast opowiadać, jak wszyscy inni, o entuzjazmie panującym podczas październikowego przełomu na dziedzińcu Politechniki czy w redakcji "Po prostu", Tomek zajął się ubeckimi archiwami z polskiej prowincji. Opisał insurekcję, która rozlała się po całym kraju na wieść o wydarzeniach poznańskich. Terenowy aparat spacyfikował ją brutalnie jeszcze przed słynnym Październikiem. Nieprzychylne reakcje na tę pierwszą książkę, pojawiające się w prasowych recenzjach retoryczne pytania, w rodzaju: "Czy autor nie wpisuje się aby w tradycję obsesyjnego antykomunizmu, która nawet Wielki Polski Październik sprowadza do poziomu walk frakcyjnych w kierownictwie partii?", pozwoliły utalentowanemu i raczej ambitnemu doktorowi historii zrozumieć granice obowiązujące polskich inteligentów. Przynajmniej tych, którzy nie chcieli angażować się w publiczne spory po przegranej stronie. Tomek pracował teraz w zespole badającym PRL-owskie archiwa i starał się nie udzielać publicznie. Dojrzewał do ostatecznego pogodzenia albo do buntu. Marek miał okazję porównać ich biografie. Jego rówieśnik z kraju wygłosił podczas konferencji referat o różnych falach powojennej emigracji. Teraz, siedząc przy stoliku małej, przyjemnej kawiarni, z utrzymanym w odpowiednich granicach zapałem wspominał znane im obu wydarzenia. Podobnie jak Marek oglądał "Festiwal Piosenki Prawdziwej", którego koncerty wypełniły kilka wieczorów upalnego sierpnia 1981. Jednak Tomek - zdyscyplinowany działacz NZS-u - miał wejściówkę na wszystkie koncerty. W przeciwieństwie do Marka, który wraz z gromadą polskich, czeskich, a nawet węgierskich hipisów i punków palił na schodach "Oliwii" programy i ulotki festiwalu w proteście przeciwko wygórowanej cenie biletów. Było to zachowanie więcej niż niefrasobliwe. Szczególnie w napiętej atmosferze tamtego lata, kiedy cały Gdańsk pełen był milicyjnych patroli. Organizatorzy koncertu zgodzili się w końcu rozlosować pośród tych kłopotliwych fanów "Solidarności" pięćdziesiąt darmowych wejściówek na każdy koncert. Marek wszedł drugiego dnia. Widział szubienice ocieniające wielkie portrety Bieruta, Gomułki i Gierka. Słyszał Jana Tadeusza Stanisławskiego, wykrzykującego swoje: "Pan Lipawski pyta w "Rudym Pravie": Wczoraj Szczecin, dzisiaj Otwock, a jutro? Otóż, panie Lipawski, wczoraj Szczecin, dziś Otwock, a jutro... wkraczamy do Hradec Králové". Marek słuchał i wierzył. Nawet na tę swoją absurdalną hipisowską kontestację pozwolił sobie wyłącznie dlatego, że uwierzył w osłaniającą go i zwalniającą z niektórych przynajmniej obowiązków siłę dziesięciu milionów zbuntowanych ludzi. Wreszcie dotarli w rozmowie do masowej emigracji lat osiemdziesiątych. - Nie rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi wyjechało i dlaczego nie chcieli wrócić - zastanawiał się poczciwie Tomek. - Kiedyś robiłem badania porównawcze dwóch emigracji: powojennej i tej z lat osiemdziesiątych. Byłem w Hamburgu w czasie wyborów czwartego czerwca, kiedy przecież w Polsce wszystko się decydowało. Starzy niepodległościowi emigranci doskonale to rozumieli, a ci z lat osiemdziesiątych... apatia, brak zainteresowania, drwina. To wyglądało tak, jakby oni nie uciekali przed komunistami, ale przed samą Polską, a może przed polskością. Pamiętam, jak jeden z tych trzydziestolatków, po paru latach włóczenia się po różnych obozach, kiedy zapytałem go, czy nie pójdzie do konsulatu głosować, odpowiedział, że wyznaczono mu tego dnia spotkanie w sprawie wizy kanadyjskiej, a poza tym nie ma najmniejszego zamiaru wybierać jakichś komunistycznych przydupasów. On w ogóle nie chciał rozumieć, co działo się wtedy w Polsce. Żaden ze starych pojałtańskich emigrantów tak nie postępował... Marek nie potrafił skupić się na tej opowieści. Przypomniał sobie nagle Wojtka, swój wyrzut sumienia, swego resentymentalnego przyjaciela, którego poznał w obozie dla emigrantów i który zawsze powtarzał mu: - Normalność? To mi nie wystarczy. Dla Polaka Anno Domini 1989 normalność to upodlenie, to zgoda na odgrywanie roli interesującego i bezpiecznego "małego narodu" z książek Kundery. Wolę już szaleństwo. - Jak powiedział, tak zrobił. Jego kolega, a może nawet p r z y j a c i e l (Markowi zawsze z ogromnym trudem przychodziło wypowiadanie, a nawet myślenie tego słowa) był już teraz regularnym wariatem. Marek pamiętał wszystkie jego wybuchy. Wyglądały prawie tak jak ten, który zaprezentowała właśnie Marta. Cała w zimnej furii, w stanie rzadkiego u niej pobudzenia. Zwracała na siebie uwagę nie tylko polskich historyków, ale także siedzących nieco dalej Francuzów. Tomek wydawał się tym przestraszony, co tylko podnieciło ją do coraz ostrzejszych sformułowań, które wyrzucała z siebie z lodowatym sarkazmem: - Wyobraź sobie, że ja wyjechałam dopiero jesienią 1988 roku... Już po strajkach, już wówczas, kiedy przywódcy podziemia zaczęli pokazywać się z Kiszczakiem i pojawiły się pierwsze pogłoski o okrągłym stole. Uznałam, że moja misja w tym kraju już się skończyła, że jestem zwolniona. Te twoje wybory i ten twój wybuch entuzjazmu w kawiarni "Niespodzianka" były dla mnie martwą fikcją, bo widzisz, ja już wtedy zerwałam z Polską, a może nawet z samą polskością... Wcześniej przez siedem lat robiłam dla mojej polskości wszystko, co należało. Chodziłam na manifestacje, drukowałam bibułę, kolportowałam książki. Uciekałam przed ZOMO przy okazji każdej rocznicy narodowej i każdego religijnego święta. Przez co te wszystkie wspaniałe daty tak źle mi się kojarzą. Odsiadywałam swoje czterdzieści osiem godzin na komendach, gdzie dziewczyny traktowano wcale nie lepiej niż chłopców... A potem, w twoim wielkim roku 1989, obchodziło mnie to tyle co nic. To już nie była moja sprawa, tylko ich... Potem pili następne wino, rozmawiali ze sobą, ale atmosfera pokoleniowej konfidencjonalności gdzieś się zapodziała. Późnym wieczorem, kiedy dotarli do hotelowego pokoju, Marta wyjęła z torebki niewielki zniszczony zeszyt. - To mój dziennik - powiedziała - kiedyś pokażę ci go w całości, kiedy już będziemy naprawdę razem. Tu dyskutuję z różnymi ludźmi, zanim jeszcze ich spotkam, albo po tym, jak ich spotkałam, ale tak, żeby nie słyszeli moich odpowiedzi. Zobacz, co napisałam jakiś czas temu. Byłam już przygotowana na spotkanie takich poczciwców jak ten twój Tomek. Czytał wskazane przez nią strony. Leżeli obok siebie nago na szerokim łóżku, dotykając się nieznacznie, ale zauważalnie dla obojga, ciepłą skórą ud, ramion, krawędziami łokci. Fragment, który mu pokazała, był zatytułowany Kombatancka grafomania i nie wiadomo dlaczego napisany został w rodzaju męskim. Marta powiedziała, że cały jej dziennik pisany jest przez stworzenie rodzaju żeńskiego, ale wspominając Polskę od kombatanckiej strony, zawsze zapomina, że jest kobietą. Musi przecież opisywać świat z punktu widzenia ofiary, a prawdziwymi ofiarami byli w latach osiemdziesiątych polscy mężczyźni.

w małej kawiarni przy stoliku tekst